1. Oborniki Śląskie 2004.  

    Do Obornik pojechałem pociągiem o 5-tej rano z Zielonej Góry. Po drodze miałem 2 przesiadki a z powrotem jeszcze lepiej bo 3. Jeszcze nigdy na tak krótkim dystansie nie miałem tylu przesiadek ale cóż... PKP. Na miejscu byłem o 8:30 rozejrzałem się trochę na dworcu, po czym ruszyłem na poszukiwanie OSIRU gdzie znajdowało się biuro zawodów. Wspiąłem się z rowerkiem na 1 piętro gdzie zapisałem się na maraton, odebrałem koszulkę i licencję hobby maraton. W oczekiwaniu na start pokręciłem się trochę po okolicy, wypiłem kawę porozmawiałem również z jakąś miłą bikerką z Wrocławia która tak jak ja przyjechała sama na maraton. Godzina 11 się zbliża czas ruszać na start. Zdeponowałem mój plecaczek u miłej Pani recepcjonistki i pojechałem na start rundy honorowej. Na maraton stawiło się 130 osób, mimo że organizator mówił o 400 - ale nie przeszkadzało mi to. Na początku małe zamieszanie bo raz mieliśmy jechać w jedną raz w drugą stronę ulicą. Ruszyliśmy. Przejazdowi przez miasto towarzyszył radiowóz tak jak być powinno, ostrzegał przechodniów i nadjeżdżające auta. Start ostry przewidziany był z pobliskiej górki "Grzybek" tu podobnie nastąpiło zamieszanie z kierunkiem jazdy po czym Burmistrz i reszta ekipy powiedziała swoje i ruszyliśmy,  zaczęło się ostre grzanie. Pierwsza część trasy prowadziła przez jakiś park trasą XC - trochę trudniejszy odcinek. Dalsze kilometry prowadziły lasem, gdzie można było napotkać strumyki. Zaczynało się robić ślisko - dzień wcześniej padało. Trasa leśna była interwałowa podjazdy i zjazdy dawały w kość. Płaskie odcinki trasy prowadzące traktami leśnymi obfitowały w ogromne kałuże które na początku omijałem ale później dawałem sobie spokój i jechałem wprost przez nie. Mokre opony z głębokim bieżnikiem zbierały powstałe błotko, momentami bywało że było go naklejone na koło całkiem sporo i jechało się jak traktorem - na błotną trasę następnym razem założę opony na błoto które łatwo się z niego oczyszczają. W lesie było trochę podjazdów po mokrej glince na której trzeba było wprowadzać rower, gdyż koło boksowało. Fajny parometrowy, ostry zjazd był nad jakimś strumyczkiem trochę żałuję że go nie zjechałem ale było cholernie ślisko i na dole nie pewne lądowanie wjeżdżało się odraz na belki pomostu nad strumyczkiem, część ludzi też sprowadzała tam rowery. Po opuszczeniu terenów leśnych trasa maratonu wiodła przez drogi polne. Tu tez było kilka mocnych podjazdów. Pamiętam jeszcze masakryczną nierówną kostkę brukową pod górę i przejazd przez pole ryżowe, gdzie co chwila wystawały kępki zieleniny które muskały łydki, kolana i łokcie i za bardzo nie było widać gdzie się jedzie. Pod koniec maratonu było jeszcze kilka krótkich odcinków asfaltowych i końcowe metry w lesie z finiszem pod górę. Dojeżdżając do mety powoli zacząłem doganiać gościa i trochę żałuję że nie dałem wtedy w korby bo byłem go w stanie doścignąć. Ostatecznie zająłem dość odległą lokatę i muszę trochę popracować nad kondycją. Maraton o tak małej liczbie uczestników ma to do siebie że miejscami jedzie się samotnie. Trasa była dość dobrze oznaczona choć mogła by być jednak lepiej, gdyż raz trochę zabłądziłem, przez co straciłem kilka minut. Już w połowie maratonu zauważyłem że wiara mnie odsadza cóż nie mam ostatnio dobrej kondycji gdyż przez pracę mało jeżdżę i w ogóle... Ten maraton skończyłem niestety w końcówce zajmując 82 miejsce na 102 w kategorii open i 29/31 w swojej kategorii elita 19-29 lat, lecz w tym maratonie startowali głównie dobrzy zawodnicy i ciężko było coś wskórać, poza tym maraton jak dla mnie trudny.  Na trasie były 2 punkty żywieniowe dobrze zaopatrzone. Były banany, batony i napoje energetyczne. Po zakończeniu maratonu na zregenerowanie sił były batony i ryżowe desery, szkoda że w opłacie za maraton nie przewidziano ciepłej strawy na koniec. Po maratonie chwilę odpocząłem i pojechałem na miasto umyć strasznie zabłocony rower oraz siebie, później pojechałem na dworzec gdzie dokoczowałem do pociągu którym 21:30 byłem z powrotem w Zielonej Górze. Widocznie nie dałem z siebie wszystkiego na maratonie, ale szkoda mi było sobotniego wieczoru i ruszyłem do Rajmunda z którym szwendaliśmy się po mieście i w finale zladowaliśmy w "4-ech Różach dla Lucienne".

WSTECZ