2. Szklarska Poręba 2004

    Do Szklarskiej pojechałem w piątek, dzień przed maratonem. Jako środek lokomocji wybrałem PKS na szczęście i tym razem kierowca pozwolił mi na transport rowerka (oni chyba musza pozwolić jeśli rower nie jest brudny) nie musiałem go nawet rozkładać ponieważ było mało bagaży w lukach bagażowych. W Nowej Soli dosiedli się jeszcze 3 Panowie jadący również na festiwal ze swoimi maszynami ale raczej nie na maraton tylko do skakania/jazdy po mieście. W pks-ie nie nudziłem się gdyż jechały ze mną 2 moje kumpele które uderzały do Borowic na koncert SDM i Turnała. Po wysiadce w Jeleniej pożegnałem się z dziewczynami i ruszyłem 20 km szosą do Szklarskiej. Na miejscu pokręciłem się trochę po terenie festiwalu, pooglądałem downhill i wybryki trialowców oraz zwiedziłem stoiska handlowe. Gdy dowiedziałem się że maraton ma przebiegać po szutrach kupiłem na ostatnią chwilę oponki semislick Maxxiss worm drive które dzięki małemu bieżnikowi a właściwie prawie jego brakowi lepiej się toczą. Wieczorkiem pora było na spanko pojechałem więc do sprawdzonego schroniska "U Robaczka". Robaczek miał miejsce na mnie i rower wypiłem u niego herbatkę zjadłem kawałek pysznego ciasta jagodowego którym to częstuje wszystkich przyjezdnych chwilkę jeszcze posiedziałem pogadałem z kolegą z Nowego Tomyśla który jutro też startować miał w maratonie i poszedłem spać. Rano pobudka o 8-mej przebrałem się i jazda na maraton. Tam podpisanie listy startowej oczekiwanie na start i ruszyliśmy. Runda honorowa prowadziła szosą przez centrum szklarskiej poręby. Na pks-ie coś tak nagle huknęło że myślałem że to start ostry i ktoś walnął z startera w rzeczywistości komuś explodowała opona widocznie za mocno ją napompował. Po przejechaniu rundy honorowej ruszyliśmy z powrotem pod górę asfaltem w kierunku miejsca festiwalowego tu stawka zaczęła się rozciągać i mi też się wydawało że będzie się jechało bardzo cienko jakoś brak mi było sił na tym podjeździe. Wjechaliśmy w teren. Na początku pod górę kawałek lolobrygidą później  w dół w górę i w dół i w górę raczej umiarkowane zjazdy i podjazdy - nic charakterystycznego. Pierwszy punkt żywieniowy i dostałem carbosnacka (miałem też 2 swoje) - ten żel energetyczny nie leży na żołądku tak jak słodkie batony a dostarcza organizmowi niezbędnych cukrów. Trzeba było się posilić zrobiłem to około godzinę po starcie gdyż czekał nas masakryczny długi 3,5 kilometrowy podjazd pod Petrovkę. W 3/4 podjazdu zszedłem z maszyny zresztą tak jak wszyscy i prowadząc rower wczłapałem się na szczyt 1050 m n.p.m. Potem błogi odpoczynek dłuuuugi zjazd choć i tak nie można było tak do końca tam odpocząć po pierwsze przez przecinające szlak drewniane drenaże przez które trzeba było skakać, po drugie były tam chyba ze 2 odcinki gdzie ręce prawie odpadały od wibracji jakie towarzyszyły jeździe z prędkością 50 km/h po sporych kamieniach. Po tym długim zjeździe jeszcze kilka szybkich podjazdów i zjazdów oraz końcówka w lesie trasą trudną technicznie trasą downhill na której nieźle bujało (taaakie dziury) i tak na teranie festiwalu kończyła się pierwsza pętla, czyli krótszy  maraton "Piccolo". Gdybym nie zdecydował się jechać dalej to w "Piccolo" miałbym całkiem niezłe miejsce bo 41 na 192 zawodników.  Lecz miałem jeszcze siły więc nie zatrzymywałem się w tym miejscu i postanowiłem pojechać maraton "Grande" czyli 2 okrążenia. Na tę wersję maratonu zdecydowała się mniejsza liczba osób pewnie przerażała ich myśl o powtórce podjazdu pod Petrovkę. Też czułem respekt przed Petrovkę ale ruszyłem 2-gie okrążenie. Początek drugiej rundy prowadził trudnym singletrackiem pomiędzy drzewami było wąsko, kręto i miejscami ślisko. Później wjazd na trasą identyczną jak na pierwszej rundzie no jedynie poza odcinkiem przez miasto. Powtórnie podjazd pod Petrovkę - tym razem prowadziłem już chyba od połowy co jakiś czas, gdy trochę odpocząłem wskakując na siodełko i robiąc kilkadziesiąt metrów podjazdu. Na drugim okrążeniu na trasie było dużo luźniej i to co mi się podobało że  trasa jest dobrze oznakowana, gdyż inaczej jadąc i nie widząc nikogo przed sobą ani za sobą można by łatwo pobłądzić. Dojazd na metę na której o dziwo nie było nic do picia :(. Tam porozmawiałem chwilkę z kilkoma maratończykami których twarze już rozpoznawałem z poprzednich maratonów oraz z Grzesikiem z Zielonej Góry. Jeszcze chwile pooglądałem skoki do wody, kupiłem sobie upatrzone wcześniej siodełko fizik dolomiti, odałem chipa, wypiłem zimnego browarka aby zaspokoić pragnienie. Trochę szkoda mi było uciekać z festiwalu ale life is brutal i w niedzielę musiałem być w domu, pojechałem do Robaczka tam prysznic później 20 km do Jeleniej Góry na PKS i do Zielonej Góry. Na koniec kilka liczb: suma podjazdów maratonu Grande – 1770 m n.p.m, najwyższy punkt – 1050 m n.p.m, najniższy punkt – 620 m n.p.m

Na mecie

WSTECZ