4. Puchar Polski w Maratonach MTB Liga BB Szczawno Zdrój. 

Wyjazd do Szczawna Zdrój na finał maratonów ligo BB to była cała przygoda. Niestety nie udało mi się wyciągnąć nikogo ze znajomych na tę imprezę – żałujcie było spoko;). Jeśli nie chcesz czytać długiego wstępu a jedynie to, co działo się na trasie zacznij od 2-go akapitu. Więc od początku. Dziewczyny z pracy razem z połową firmy pojechały na wycieczkę firmową ja musiałem siedzieć sam w pracy połowę Piątku i Sobotę. Byłem przekonany, że mój kierownik wyrazi zgodę na wcześniejsze o godzinę zamknięcie sklepu wtedy miałbym idealne połączenie do Wałbrzycha a z stamtąd rzut beretem do Szczawna, niestety zawiodłem się, musiałem pracować do 15-tej, czyli do końca. Przez to nie miałem już pięknego połączenia i musiałem jechać nie do Wałbrzycha a do Jeleniej Góry i stamtąd rowerem do Szczawna. Jak to w Sobotę do sklepu przychodzą z reguły same marudy i ludzie, którzy mają ochotę się powyżalać albo przechodzili gdzieś obok i wpadło im do głowy a choć zobaczymy do sklepu chyba temu panu w środku się nudzi i później przez pół godziny jest rozmowa o pierdołach jak pobrać tapetę albo dzwonek do komórki z internetu albo ...a wie pan, bo kolega..... Dzięki tym miłym klientom drzwi zamknąłem po 15-tej a tu pozostaje cała masa biurokracji na koniec tygodnia, ledwo zdążyłem na dworzec, autobus już niemalże odjeżdżał. Jako środek lokomocji wybrałem nietypowo, zresztą już nie pierwszy raz PKS jako jedyne sensowne połączenie w te strony z Zielonej Góry, ponieważ PKP wlecze się 6-7 godzin. Do Jeleniej dojechałem po zmroku i zacząłem poszukiwać baterii do swojej lampki gdyż trzeba było po ciemku jakoś zrobić te 46 km do Szczawna. Baterie R14 nie tak łatwo niestety kupić o 20 w sobotę nawet w Jeleniej Górze jednak w czwartym z kolei sklepie a konkretniej stacji paliw udaje mi się je zakupić. Godzina 20:00 ruszam do Szczawna mam oświetlenie lampka halogenowa świeci fest niestety na skutek podłej jakości baterii lub panującej w powietrzu wilgoci lampka zaczyna świecić coraz słabiej by w końcu zgasnąć. Hmm... przede mną jeszcze 4/5 drogi a ja nie mam oświetlenia ok jest jeszcze przednia mrugająca lampka z diodami LED. Nie mam przekonania, co do jej widoczności na drodze gdyż już kiedyś po zmroku przywitałem się z maską jakiegoś samochodu, gdy kierowca nie zauważył owej lampki, ale uważając na wyjeżdżające z boku samochody kontynuuję drogę z wydrukiem drogi z programu Sonymap, który niestety jest na tyle kiepski, że musiałem się kilkakrotnie pytać o drogę. Najgorsza była część drogi z Domanowa do Gostkowa, która prowadziła podziurawionym jak ser asfaltem jakąś zapomnianą przez świat drogą przez ciemny las. Na tym fragmencie trasy poruszając się w żółwim tempie przy niemalże zupełnym braku oświetlenia i zachmurzonym niebie, próbując jakimiś desperackimi metodami typu kierowanie strumienia błyskającej lampki LED pod koła albo wykorzystywanie resztek energii z wyładowanych baterii w lampce halogenowej oświetlić sobie drogę, momentami miałem wrażenie, że zaraz w tej zupełnej ciemności zjadę z drogi w jakąś przepaść. W końcu dojeżdżam do Szczawna Zdrój. Kilometrów na liczniku jest grubo ponad 50 godzina 23:30, rozglądam się za tanim spaniem niestety nie widać żadnych schronisk PTTK ani PTSM, więc po wypiciu w sklepie litra soku Kubuś udaję się na poszukiwanie noclegu .... nieźle jest prawie północ. Objeżdżam kilkakrotnie deptak w poszukiwaniu jakiś śladów noclegu, ale nic nie znajduję, udaję się na dzielnice domków jednorodzinnych gdzie zostaje skierowany do pensjonatu „Luna” nocleg jest, ale ta cena ... 80 zł „no zejdę panu do 70” powiedziałem dziękuję, choć było coraz później kilkaset metrów. Dalej trafiam na jakiś trochę zaniedbany pensjonat i mówię sobie „o tu ściany trochę poobdrapywane w środku widać jakąś poprutą kanapę może uda się wreszcie niedrogo przespać”, bo oko zaczyna się kleić. Nocka 40 zł to też stanowczo za dużo jak za standard panujący w tym domu, ale dalej już nie mogłem wybrzydzać gdyż mogło to się skończyć nocką, ale chyba jedynie w poczekalni dworcowej...

Rano 7:00 pobudka, małe śniadanko i do biura zawodów po numer startowy, potem wracam do pensjonatu a tam czyszczenie i smarowanie łańcucha oraz ostatnie poprawki przy rowerze. Oczywiście na start maratonu jak zwykle wpadam na kilka minut przed odliczaniem, co skutkuje zajęciem jednego z ostatnich miejsc startowych. Jest to mało przyjemne, gdyż później trzeba wymijać mniej doświadczonych rowerzystów, którzy często bardzo skutecznie tarasują drogę przy tym skutecznie uniemożliwiając wyprzedzenie. A ponadto nie zdążyłem  kupić sobie na drogę ani jednego Carbosnacka i musiałem jechać na snickersie :). Runda honorowa prowadziła przez Szczawno, park uzdrowiskowy na Wzgórze Gedymina. Przy zjeździe w kierunku miasta nastąpiło najgorsze, z grupką około 15-tu osób nagle zjeżdżając na asfaltówkę gdzieś w Wałbrzychu zorientowaliśmy się, że pomyliliśmy trasę. Trzeba było się cofać około kilometra, niestety pod górę trafiając na minięty rozjazd. I znów w końcówce stawki....Przy okazji pozdrowienia i podziękowania dla zawodników, którzy również zbłądzili, których mijaliśmy wracających za to, że nas nie ostrzegli przed błędną drogą. Dzięki waszej małomówności również mogliśmy się przekonać jak miło się cofać. Trasa rundy honorowej wiedzie z powrotem pod Hotel „Dwór Rohan” skąd następuje start ostry. Trasa wiedzie początkowo łagodnymi podjazdami przeplatanymi zjazdami jednak podjazdy są szybkie i po takich kamolach, że od powstających wibracji roweru zaczyna mnie boleć pierońsko w krzyżu, przez co kilkakrotnie musiałem zsiadać z roweru i się rozciągać. Trasa zaczynała piąć się coraz bardziej ku górze prowadząc na szczyt piętrzącej się nad Wałbrzychem góry Chełmiec. Towarzyszące wszechobecna błoto powodowało ślizganie się kół miałem moment, w którym postawiło mi rower w poprzek drogi. Podjazd coraz ostrzejszy w bidonie widać dno gdzie do cholery jest bufet, niestety przed szczytem go nie było a szkoda po przydałoby się tam tankowanie. Po dojechaniu na szczyt Chełmca byliśmy ostrzegani o niebezpiecznym zjeździe, faktycznie prowadził on na szagę w dół między drzewami po śliskiej rozjechanej ziemi i mokrych korzeniach. Może i by tam zjechał, lecz ludziska sprowadzali tam rowery i nie można było się rozpędzić, a było zbyt wąsko na wyprzedzanie a hamowanie groziło pewnym OTB. Dalsza trasa była dość interwałowa i nie było gdzie zbytnio odpocząć. Gdzieś na trasie chwilę się pomijałem z Leeloo, ale na drugim bufecie mi uciekła. Zmęczenie dawało się we znaki i skłaniałem się coraz bardziej ku myśli, aby dać odpocząć mojemu obolałemu krzyżowi i darować sobie drugą rundę i tak też się stało. Gdzieś po drodze zaliczyłem OTB zdzierając lekko kolano, było to przy wjechaniu w rów, który był końcem dość szybkiego zjazdu przy wjeździe na prostopadłą szutrową drogę. Kiepskie oznaczenie tego niebezpiecznego miejsca, pewnie nie ja jedyny tam leżałem. Po dojeździe na metę ustawiłem się w kolejce, aby umyć rower szło to dość wolno, ponieważ był tylko jeden kompresor. Jeśli chodzi o miejsce 63/133 w open i 39/66 w M2 to mogło być lepiej :(. Jechałem w różowo-białej bluzie T1 która na mecie była raczej różowo-biała w brązowe paćki od błota. Z myjni szybko udałem się do ośrodka gdzie wziąłem prysznic spakowałem się i pogoniłem do Wałbrzycha na powrotny PKS. Miałem pecha autokar, który jechał do Głogowa skąd miałem przesiadkę do Zielonej Góry miał za małe luki bagażowe, aby pomieścić rozebrany rower cóż pozostało czekanie na kolejny autobus za godzinę (szczęście, że był w Poniedziałek trza do pracy). Drugi autobus miał duże luki, ale zacięty zamek. Po wspólnej wraz z kierowcą walce z zamkiem byłem podłamany - zamek nie puszczał, czyżbym miał zostać kolejną noc w Wałbrzychu...na szczęście przypomniałem sobie, że mam CX80 psiknąłem trochę w niesforny zamek, który w końcu się poddał. W Głogowie nie miałem już żadnego autobusu, lecz na szczęście dużo stamtąd pociągów i mogłem tym o 20:15 wrócić do domu. Ogólnie bardzo fajna trasa maratonu organizatorzy postarali się i na finał wybrali trasę dającą w kość mam jednak uwagi do kiepskiego oznaczenia trasy, przez co można było się pogubić i jak dla mnie źle rozmieszczone bufety. Organizatorzy nie mają już dla nas tylu niespodzianek co rok, dwa lata temu dostałem jedynie film na CD-R, nawet bidonów nie starczyło... szkoda.

WSTECZ