7. Liga BikeMaraton Kraków 2005.

    Na maraton do Krakowa raczej bym nie pojechał ze względu na odległość od Zielonej Góry (450 km), ale Trapez miał wolne miejsce w aucie, więc się skusiłem. Wyjechaliśmy z Zielonej Góry o 3:15 w nocy, na podróż zeszło nam około czterech i pół godziny. Jechaliśmy autostradą, więc można było rozwijać niezłe prędkości, Adam jedną ręką prowadził a drugą cykał fotki licznika, podczas gdy na patelni było 200 km/h - He is crazy !!!. Na miejscu dość szybko znaleźliśmy parking, skręciliśmy rowery i pojechaliśmy walnąć sobie fotę pod smokiem wawelskim. Zbliżała się jedenasta, więc trzeba było zająć miejsca na starcie, ale zauważyłem, że zapomniałem założyć na kostkę chipa do elektronicznego pomiaru czasu, więc cofnąłem się do auta a Adam pojechał na start. Gdy dojechałem na start zobaczyłem rzekę ludzi (na maraton zapisała się rekordowa liczba około 1500 ludzi) i gdybym ustawił się na końcu mógłbym tylko pomarzyć o zajęciu jakiegoś sensownego miejsca, gdyż większość drogi przepychałbym się w tłumie. Korzystając, więc z uprzejmości miłego kolegi, wstawiłem siebie i swój rower przez ogrodzenie, mniej więcej w połowie stawki. Oczekiwanie na start zajęło jeszcze około 20 minut, podczas których dopompowałem opony i zjadłem sobie żelka – Carbosnacka. Zawodnicy byli podzieleni na 4 sektory. W pierwszym sektorze VIP stało 10 osób poza wszelką klasyfikacją, w drugim sektorze 50 najlepszych zawodników z łącznej klasyfikacji ogólnej, w trzecim sektorze 100 zawodników z łącznej klasyfikacji ogólnej ujmującej punktację dystansów Pro i Amator oraz 50 najlepszych zawodników startujących wyłącznie na dystansie Amator. No i w czwartym cała reszta w tym ja :).

Około godziny 11 ruszyliśmy, oczywiście ruszyli Ci z przodu my około minuty, dwóch po nich. Trasa prowadziła początkowo po krakowskich Błoniach, po których zrobiliśmy koło wjeżdżając do mniej ruchliwej części miasta. Po kilku kilometrach grzania po asfaltach wjechaliśmy w las. Na asfaltowym podjeździe w Lesie dopadł mnie Adam, który, mimo że ustawił się wcześniej na starcie widać był trochę dalej przez to, że ja przeniosłem rower przez płotek. Chwilę za nim jechałem wymijając ludzi, ale w pewnym momencie Trapez zrobił takie ostre mijanko, że ja wjechałem pod koła jadącemu z tyłu i zaliczyliśmy razem glebę. Jak nakazuje kodeks maratończyka :) zapytałem się czy nic się nie stało, przeprosiłem i pojechałem dalej Adam niestety już mi uciekł, więc dalej sam się przeciskałem przez tłumy. Dalej trasa prowadziła częściowo lasem częściowo polami, było też kilka krótkich asfaltowych odcinków. Gdy już dobrnąłem do stawki ludzi o podobnym poziomie jazdy na rowerze, starałem się jechać z nimi równo na odcinkach prostych, wyprzedzając ich na stromych technicznych podjazdach, które bardzo lubię (ktoś kiedyś powiedział, że wyścigi wygrywa się na podjazdach ;) Na zjazdach gazowałem, ale za dużo nie dokręcałem próbując odpoczywać. Część wyprzedzonych na podjazdach ludzi wtedy mnie przeganiała, ale ja za to odpoczywając mogłem ich wziąć na kolejnym podjeździe. Na trasie było sporo dużych kałuż, które można było przejechać z rozpędu jednak sporo osób zatrzymywała się tam omijając kałuże i tworząc korki. W pewny miejscu dogoniłem Trapeza, który złapał gumę, pojechałem dalej, lecz tak jak się spodziewałem szybko mnie dogonił. Przez kilkaset metrów próbowałem na podjeździe dotrzymać mu koła i wymijać kolejnych maratończyków, ale moja prędkość w tym momencie wynosiła średnio 11 km/h i musiałem przyspieszyć do około 14 km/h i nie zdołałem utrzymać zbyt długo tego tempa, więc ostatni raz na trasie zobaczyłem Adama, który pojechał 100 km dystans Pro. Czytając relacje z ubiegłego roku i oglądając fotki wiedziałem, że jest stromy zjazd wąwozem, na który czekałem. Najpierw w jakiś 2/3 długości trasy pojawił się stromy wąwóz zjechałem nim, ale był trochę za krótki jak na opisy, byłem trochę zniesmaczony.... pomyślałem sobie, że nie zbyt wymagający jest ten zjazd i pojechałem dalej. Po kilku kilometrach jednak humorek mi się poprawił gdyż tamten wąwozik był tylko przedsmakiem do prawdziwej frajdy, nagle zaczął się osławiony zjazd o długości około 400 m. Na zjeździe wyminąłem 2 zawodników, którzy zbyt mocno hamowali. Zjazd był bardzo stromy kilka razy unosiło mi się tylne koło i myślałem, że fiknę przez kierownicę, a dookoła było czuć swąd palonych tarcz w hamulcach. Na pewnym odcinku asfaltowej osiedlowej drogi zacząłem zajadać carbosnacka i nie zauważyłem nadjeżdżającego samochodu, była by pewna czołówka gdyby nie okrzyk mijającego maratończyka – samochód..., dzięki chłopie. Tuż przy rozjeździe amator/pro minęła mnie Leloo, ja stwierdziłem, że dziś już jestem zmęczony i wybrałem 65 km dystans amator. Na dystans Pro zjechało około 300 osób. Końcówka maratonu w Lasku Wolskim to był niezły hardcore najpierw szybki zjazd trawersem. Tam wyszedł brak umiejętności jazdy po trawersie, miałem wrażenie, że się obsuwam i 2 razy zjechałem z trasy. Kilka osób mi uciekło. Po trawersie kolejny rarytas :) nagle krótki stromy zjazd, na którym znów uniosło mi tylne koło i wjazd do wysokiej na 2 metry wyżłobionej w ziemi rynny. Kilka set metrów poczułem się jak w torze bobslejowym – super. Później do mety już w miarę płasko ominąłem parę zawodników z Warszawskiego Klubu Kolarskiego i zacząłem gonić jakiegoś chłopaka trochę przy kości, skubany dawał równo, nagle z za pleców wyskoczył jeździec, któremu wsiadłem na koło i podgoniłem tego „przy kości” w rezultacie prawie przy samej mecie go wyprzedziłem a sprinter, z którego koła skorzystałem objechał nas dwóch. Dojeżdżając do linii mety słyszałem okrzyki, że konkurent jest tuż, tuż za plecami, więc kręciłem ile sił w nogach. Na mecie spotkałem Undergrounda za chwilkę dojechał Speedek. Znużony trudami wyścigu pojechałem zjeść posiłek regeneracyjny, który organizator zapewniał w ramach opłaty wpisowej. Była to nabierka zupy jarzynowej i nawet nie można było poprosić o dokładkę. Tu kucha dla organizatora, bo ile kosztuje nagotowanie zupy przy takiej ilości.... na jedną osobę pewnie grosze, więc można było lać więcej zupki. Niedojedzony kupiłem sobie jeszcze steka, umyłem siebie i rower i pojechałem na metę gdzie po niedługim czasie zjechał Trapez z dystansu Pro. Pokręciliśmy się jeszcze trochę po Błoniach i pojechaliśmy do samochodu gdzie wspólnie z jego kuzynką wróciliśmy do Zielonej Góry. Ogólnie trasa i organizacja była super mały minus za tę zupę, ale można to tłumaczyć też niespodziewaną liczbą uczestników, dla których zabrakło nawet koszulek. Kraków to trasa z dużą ilością niespodzianek po drodze, bardzo zróżnicowaną nawierzchnią i dużą ilością zjazdów i podjazdów (interwałów) jest np. w porównaniu do nudnej Przesieki super.  

Ja to ten drugi :)

Pod smoczyskiem z Trapezem

WSTECZ