8. Bikemaraton Głuszyca 11.08. 2007.

  Głuszyca to mój pierwszy maraton w tym roku, przedtem zaliczyłem jedynie dwa miejscowe wyścigi MTB/XC Cyklomaniak w Zielonej Górze. Na maraton ten chciałem pojechać z dwóch powodów. Po pierwsze miał być to najtrudniejszy maraton w całym cyklu MTBbikemarathon, po drugie chciałem spotkać i  zmierzyć się z Robertem ze strefy MTB Głuszyca, z którym trenowałem podczas mojego pobytu w Irlandii.
   Na maraton udałem się z Marcinem który debiutował po latach przerwy jazdy na rowerze właśnie na tym maratonie. Po dojechaniu na miejsce złożyliśmy rowery, spotkałem się również i porozmawiałem chwilę z Robertem, po czym zarejestrowaliśmy się w biurze zawodów i udaliśmy na linie startu. Startowaliśmy niestety z 3 ostatniego sektora i to z jego środka, a to dlatego że to pierwszy start w tym roku. Odbiło to się na pewno na wyniku, gdyż  po starcie trzeba było wyprzedzać wolniejszych zawodników torujących drogę, którzy po prostu ustawili się wcześniej przez co byli bliżej początku sektora 3-go. Każdy kolejny przejechany maraton umożliwia zdobycie punktów, dzięki którym można zająć miejsce w drugim sektorze, gdzie rywalizacja wśród zawodników o podobnym poziomie jest łatwiejsza.

  Wpierw ruszyły sektory 1 i 2 po czym po chwili otwarto start dla zawodników z sektora 3-go. Ściśnięty tłum w sektorze trzecim przepychał się pomiędzy barierkami ograniczającymi wyjazd i wjazd na metę. Dopiero po wyjechaniu na asfalt zrobiło się trochę luzu co umożliwiło ominięcie wolniej jadących zawodników. Wjazd w las początkowo szutrową później leśną drogą i od początku ostro pod górę. Żałowałem trochę że nie zrobiłem sobie rozgrzewki, gdyż miałem nieuregulowany puls a szarpane tempo szybko objawiło się zadyszką. Po długim podjeździe zaczęły się zjazdy oraz odcinki prostych na których postanowiłem odrobić trochę straty jakie odniosłem na podjeździe. Niestety po tym jak prawie się wywróciłem mając ograniczoną  widoczność
przez okularki swoje okulary, które podczas podjazdu strasznie mi zaparowały oraz zalały się potem musiałem je zdjąć, przez co nie raz potem wpadło mi coś w oko. Ten odcinek maratonu był dla mnie mało charakterystyczny. Pamiętam mijanie rozjazdu na dystans Mini oraz późniejszy rozjazd na dystansy Mega/Giga. Wybrałem dystans Giga skręcając w prawo. Znajdował tam
się punkt kontrolny gdzie bramka rejestrowała przejazd każdego zawodnika, dzięki umieszczonemu na kostce elektronicznemu chipowi. Zaliczenie punktu można było rozpoznać po charakterystycznym pikaniu. Droga maratonu Giga prowadziła na Wielką Sowę - najwyższy punkt w okolicy 1015 m n.p.m. wpierw przejechaliśmy w poprzek przez jezdnię. Aby uniknąć wypadków przejazd był nadzorowany przez Policję.  Później droga stopniowo zaczęła wić się pod górę, było trochę odcinków asfaltowych gdzie można było wrzucić blat i trochę przysprintować. Jeszcze miałem rezerwę sił, mój puls już się ustabilizował i podjazd pod Sowę nie był dla mnie bardzo męczący, nawet zdziwiłem się trochę osiągając szczyt. Zjazd natomiast podobnie jak podjazd był bardzo kamienisty głazy o średnicy 20-40 cm zmuszały do slalomu i do dużego skupienia. Wykorzystując zgromadzoną przez 7  lat jazdy na rowerze technikę, wyprzedziłem na tym zjeździe kilka osób które jechały bardziej zachowawczo. Taka jazda polega w moim wypadku na pracy z hamulcem czyli odpuszczaniu w miejscach bardziej bezpiecznych i zwalnianiu w krytycznych momentach, a nie na jeździe z kurczowo zaciśniętymi klamkami hamulcowymi. Na takim kamienistym zjeździe takie zmiany są bardzo dynamiczne więc trzeba co chwila puszczać i zaciskać hamulec, co przy dłuższym zjeździe może powodować ból przedramion. Dzięki odpuszczaniu hamulca w odpowiednich momentach zyskujemy też możliwość przeskoczenia, bądź przejechania z rozpędu przeszkód na których hamowanie mogło by się zakończyć wyrzuceniem przez kierownicę bądź poślizgiem. Tyle teorii ;). Wartym uwagi jest fragment trasy gdzie po szybkim zjeździe, po przejechaniu przez chroniony przez Policję przejazd drogowy zaczął się podjazd pod stok narciarski. Na podjeździe tym musiałem się zatrzymać aby zrobić kilka skłonów i skrętów, ponieważ czułem dość nieznośny ból w dolnej części kręgosłupa. Zatrzymywać tak w ciągu całego maratonu musiałem się ze trzy razy, taki ból podczas wyścigów występuje dość często i niestety nie wiem czym może być spowodowany. Podczas tego postoju zauważyłem dość znaczny ubytek powietrza w tylnym kole, bałem się że
złapałem gdzieś gumę ale podpompowałem koło i pojechałem dalej. W pewnym momencie trasa na chwilę połączyła się z trasą maratonu Mega. Zdziwiłem się trochę, gdy nagle przede mną pojawiły się osoby znacznie wolniej jadące, było to wskazówką że prawdopodobnie trasy się krzyżują. Jakoś nie przypominam sobie żeby organizator to zapowiadał i niektórzy z zawodników
byli zdezorientowani. Mapka umieszczona na stronie była dość nieczytelna, na co zwróciło uwagę wielu ludzi na forum.  Byłem nawet zadowolony, ponieważ pomyślałem że skoro trasy się połączyły to wyścig zmierza u końcowi, a mnie zaczynał dopadać kryzys. Wskazywany na liczniku pokonany dystans był jeszcze daleko od zapowiadanego przez organizatorów dystansu Giga - 74 km, lecz tłumaczyłem to sobie częstymi rozbieżnościami pomiędzy dystansami maratonów podawanymi prze organizatorów, a tymi wskazywanymi przez licznik. Nagle zostałem  wyprowadzony z błędu, gdy nagle trasa dystansu Giga podążyła w innym kierunku. Przejeżdżając pod wiaduktem, po kilkuset metrach przejechanych asfaltową drogą, zakończonych bufetem i rozpoczął się stromy podjazd oraz z nieba zaczął padać rzęsisty deszcz. W miarę osiągania wysokości opady zaczęły się nasilać i zaczęła się prawdziwa burza. Dobrze że jakiś piorun nie walnął w pobliżu, gdyż sądząc po małej różnicy między błyskiem a dźwiękiem można było sądzić że wyładowania były całkiem blisko. Ten odcinek wszyscy w moim otoczeniu podprowadzali , ja również będąc już dość wyczerpany prowadziłem próbując czasami podjeżdżać. Pamiętam przez chwilę zawodnika z wąsem, który chciał mnie przepuścić, gdy próbowałem podjeżdżać lecz powiedziałem żeby nie schodził mi z drogi ponieważ prędkość podjeżdżania na tym odcinku była  równa prędkości podprowadzania, podjeżdżałem momentami jedynie po to aby angażować różne partie mięśni.  Po osiągnięciu szczytu zaczęła się jazda wąskim singletrackiem, gdzie z lewej strony można było obserwować bardzo stromy spad o tak dużym nachyleniu że
korony drzew w dole w odległości kilkunastu metrów były na wysokości ścieżki którą przejeżdżaliśmy, zresztą lepiej było się nie wpatrywać się w dół bo zachwianie równowagi mogło poskutkować zjazdem w ową przepaść. Teraz trasa prowadziła na jednej wysokości i dość szybko dobiłem do dwójki zawodników. W sumie miałem ochotę ich wyprzedzić, ale że było bardzo wąsko jechałem za nimi, przez kilka kilometrów. W sumie gdybym zdobył się wtedy na ominięcie miałbym szanse na wyższą lokatę. Po szybkim, szerokim zjeździe usypanym z
granitu na jakimś krótkim podjeździe straciłem równowagę po czym wsiadając na rower miałem ustawione twarde przełożenie, i chcąc kręcić na tym przełożeniu poczułem silny skurcz łydki. Myślałem że to oznacza już pchanie roweru do mety na szczęście ból stopniowo odpuszczał i mogłem kontynuować jazdę. Na jednym z podjazdów zobaczyłem że znów zaszło mi trochę powietrza z koła lecz postanowiłem jechać dalej, gdyż było niedaleko do mety a mniejsza ilość powietrza w kole przy tak mokrej i śliskiej trasie mogła się przydać w utrzymaniu przyczepności. W owej końcówce na jednym z podjazdów minęła mnie zawodniczka Trek Gdynia z którą tasowałem się kilkakrotnie podczas wyścigu. Obwieszczając "To znowu ja" zaczęła stromy podjazd.  Pełen szacunek do tej Pani, gdyż podczas gdy ona podjeżdżała większość mężczyzn w tym miejscu pchała rowery pod górę. Niestety prawdopodobnie brak odwagi na zjazdach,
spowodował że ją wyprzedziłem na ostatnim terenowym zjeździe. Zajęła w sumie 2 miejsce w kategorii kobiet na dystansie Giga. Na trasie spotkałem również kilkoro innych miłych maratończyków z którymi mogłem sobie uciąć pogawędkę m.in. kolegę w stroju www.cykloza.com z którym wymieniłem kilka zdań o pl.rec.rowery. Strome podjazdy na których ludzie wolno toczyli się pod górę sprzyjały pogawędkom i wymianą komentarzy. O definitywnym zbliżaniu się mety uprzedził mnie leśny drogowskaz "Głuszyca 6km" z profilu trasy pamiętam że do mety był już tylko zjazd więc odetchnąłem z ulgą. Na finiszu starałem się podjąć walkę z dwoma zawodnikami lecz oni odważniej wyłożyli się na mokrym asfaltowym skręcie na kilkadziesiąt metrów przed metą zyskując parę sekund.

   Podsumowując trasa bardzo ciekawa, wymagająca przygotowania kondycyjnego. Do tego ulewa i burza stworzyły niecodzienny klimat. Jeśli chodzi o organizację to na plus można zaliczyć wystarczającą ilość bufetów a na minus nieco mylące połączenie tras Mega i Giga w środkowej części maratonu. Przepraszam jeśli w relacji nieco pogubiłem chronologię wydarzeń.

   Po maratonach zawsze jest możliwość umycia siebie i roweru (rower i ja byliśmy totalnie zabrudzeni, co widać na fotografiach poniżej, nie ma jak jazda w czasie burzy gdy leje deszcz a błoto przylepia Ci się do twarzy... niezastąpiona maseczka dla skóry :))). Nie wiedziałem jednak nigdzie myjki ciśnieniowej więc zaczepiłem Grzegorza Golonko, który powiedział że myjka  a konkretnie prąd wysiadł i jedyną możliwością umycia roweru jest opłukanie wodą z górskiego strumyka, a siebie
można opłukać w toalecie w barze. Zjadłem jeszcze posiłek regeneracyjny i z Marcinem, który był również zmęczony przez co nietypowo małomówny ruszyliśmy autem do domu po drodze mijając Trapeza, który jechał tak samo jak my białym Oplem kombi :)

  Zająłem w sumie 100 miejsce na 160 mężczyzn na dystansie Giga po czym widać brak kondycji na dłuższych trasach i o lokalne krótsze wyścigi XC potrafiłem przejechać na dobrych lokatach, tu ewidentnie wyszedł brak wytrenowania w tym sezonie.

Maraton: Dystans 74km, przewyższenia: 2654 m, Czas przejazdu 05h 26min 52sek
   

 

WSTECZ